Udostępnianie fotografii z Nałęczów.Net

1. Fotografie ze strony www.naleczow.net - których jestem autorem udostępniane są bezpłatnie instytucjom które wcześniej uzyskały na to zgodę. Warunkiem jest pobranie ich ze strony we własnym zakresie co nie powinno być problemem. J Wydawnictwa i portale które wcześniej uzyskały zgodę na wielokrotne wykorzystywanie fotografii mojego autorstwa w celach informacyjnych lub promocji Nałęczowa nie muszą prosić o taką zgodę za każdym razem.

2. Fotografie w pełnej rozdzielczości nie są udostępniane. Wynika to niestety z braku czasu. Jedynym wyjątkiem są organizatorzy imprez które są na fotografiach - jednak pod warunkiem że Nałęczów.Net znalazł się na materiałach promocyjnych jako patronat medialny.

Hardworkes loty balonem

Na prowincji - pizza na telefon

strony internetowe Lublin

Nałęczów- Drugi Piknik Rodzinny w NałęczowieTekst wspomnieniowy o Jaśminowej - to będzie łatwe, pomyślałam sobie, wystarczy, że umieszczę kilka dobrych anegdot.

 Przetrząsnęłam pamięć, niestety z bardzo mizernym rezultatem – było ich mało, zbyt mało. Jak zwykle w takich momentach zrodziła się niepewność, czy ja wiem, o czym mówię, czym jest anegdota? Zajrzałam do słownika. Jest to krótka forma literacka (zgadza się), zawierająca prawdziwe lub zmyślone opowiadanie (chodziło mi o prawdziwe) o zdarzeniu z życia znanej postaci, żyjącej lub historycznej (niewątpliwie żyjącej), lub z życia określonego środowiska czy grupy społecznej (wybieram określone środowisko). Dodam może, że w moim pojęciu anegdota powinna zawierać to coś, może puentę, może morał, może trochę pikanterii.  

Definicja zgadza się, a anegdot ciągle niewiele. Zastanowienie. Jaśminowa nie była tłumnie odwiedzana, może ze względu na położenie na uboczu. W ciągu 15 lat działalności przypominam sobie 2 dni takie, kiedy zabrakło stolików. Dodajmy do tego jeszcze dwa, których nie pamiętam, razem nie więcej niż 4. Raz i tylko raz w roku zdarzał się dzień, kiedy uwijaliśmy się w trzy osoby „od świtu do nocy”. Było pewnym, że taki dzień przyjdzie, nigdy nie było wiadomo kiedy - raz był to 2 maja, innym razem 29 września. Za to w dni, kiedy na dole coś się działo załamywaliśmy ręce – do Jaśminowej (prawie) nikt nie docierał. Nic więc dziwnego, że z upływem czasu przestałam kochać imprezy.

Za to goście byli szczególni, stąd mój wybór „określone środowisko”. To tacy, którzy doceniali atmosferę  zarówno posesji, na której w sezonie ustawione były stoliki, jak i wnętrza, nazywałam go „salonem cioci”. Z upływem czasu doszłam do przeświadczenia, że docierają tu wyłącznie sympatyczni goście, malkontenci najpóźniej załamywali się przed dolną furtką w obliczu 75 schodków do pokonania. A powodów do załamania się było więcej – bo to i daleko od parku (około 400 metrów), i od głównej ulicy (350 kroków), na dodatek idzie się przez las, w którym urzędują jak nie wilkołaki, to komary... A to pogoda nie dopisywała, bo jeśli upał, to nie, jeśli deszcze, też źle...

Ci z gości, którzy ostatecznie sforsowali drogę dzielili się na dwie kategorie – gości konsumpcyjnych i tranzytowych. Kimże byli ci tranzytowi? To np. ci, którzy weszli, bo sąsiadka przy stoliku powiedziała, że tam jest tak ładnie, musicie to zobaczyć, a oni brali to dosłownie. Weszli, pozachwycali się, wypytali o ofertę, ceny i wychodzili, uważając, że ich zachwyt był odpowiednią rekompensatą za zakłócenie spokoju innym gościom. Niektórzy nie omieszkali mieć pretensji dlaczego tak wysoko? I tu anegdotka – któregoś dnia siedziały przy stoliku dwie panie, około sześćdziesiątki, któraś z nich napomknęła, że wysoko. Ja miałam standardową odpowiedź, wie Pani, za setnym razem wejdzie Pani bez wysiłku. Pani odpowiedziała, że one już z pewnością były tu ze sto razy. Odebrałam to, jako dowcipną ripostę, jednak podczas rozmowy okazało się, że ileś tam lat temu w tym domku mieszkała ich ciocia, pani Czerniecowa, i one rzeczywiście sforsowały to wzgórze więcej niż sto razy w swoim życiu.

Inni goście tranzytowi, to tacy, którzy skracali sobie drogę, czy to do lasu wąwozowego, nie było błota, można się było przytrzymać poręczy, czy w ostatnich latach do domków w drzewach. Ba, okazało się, że przewodnicy czy recepcjoniści polecali ten skrót przez Jaśminową. Z upływem czasu nauczyliśmy się odróżniać już z daleko typ konsumpcyjny od tranzytowego za sprawą psów. W pierwszych latach psy moje miały kojec z widokiem na schody. Zastanawiało nas, że mając na oku wchodzących gości psy czasem szczekały, innym razem udawały, że nie zauważają. W 95% procentach sprawdzało się, jeśli psy szczekały, byli to goście tranzytowi.

Natomiast goście konsumpcyjni to ci, którzy docierali tu w celach kawiarnianych. Zawsze, kiedy bywali w Nałęczowie, to znaczy kilka razy do roku, co roku, raz na pięć lat, bo taki był ich nałęczowski rytm. Znaliśmy się, powstawały z tego przyjaźnie kawiarniane i osobiste. Przybywali sami, z książką lub w towarzystwie, z niektórymi znaliśmy się „rodzinnie”. To dla nich składałam muzykę, nagrywając na pendrive'a utwory według szczególnego klucza, raz był to Mozart lub Chopin, z powodu roku danego kompozytora, za innym razem muzyka kameralna na instrumenty smyczkowe, która wyjątkowo współgrała z nastrojem Jaśminowej, odważyłam się też w ramach muzyki mistycznej wprowadzić Jana Garbarka i Arvo Pärt'a, którzy robili największe chyba wrażenie i wzbudzali olbrzymie zainteresowanie. Nie jestem pewna, czy nie powinnam upomnieć się u producentów o udziały w zyskach za rozpowszechnianie ich nagrań, często bowiem goście zapisywali sobie wytwórnie i numery CD.

To dla gości konsumpcyjnych od czerwca do września jeździłam co tydzień po róże do producenta, dziesięć, piętnaście gatunków, feria kształtów, kolorów i zapachów. To dla nich importowałam we własnym zakresie świeczki choinkowe zamiast wszędobylskich lampek. Choinka przybrana świeczkami –  ciekawa jestem, czy gdziekolwiek w Polsce poza Jaśminową można je było spotkać. To dla nich układałam menu.

Gdzieś na początku działalności wprowadziłam trochę przewrotny slogan: „Jaśminowa – najlepsza kawa w Nałęczowie, najlepsza czekolada w Polsce, najlepszy kajmak w życiu”, którego przewrotność polegała na tym, że jego stopniowanie przechodziło od przestrzeni do czasu. To nie pycha czy zarozumialstwo, tak po prostu było a kluczem poza tzw. ręką była wyjątkowa jakość użytych produktów.  Kajmak był od początku sztandarowym produktem kawiarni, nie miało prawa zabraknąć go. Taki prawdziwy domowy, czasami z bruzdami, czasami kawałki nierównej wielkości, ale przysłowiowe „niebo w gębie”.  

Było ciasto bezglutenowe – orzechowiec, beztłuszczowe – babeczki biszkoptowe z mąki z amarantusa,  sezonowe –  szarlotka według przepisu kresowego, wybór mazurków staropolskich na Wielkanoc  oraz inne, jeśli miałam taką fantazję. Kawa kawą, ale ponieważ sama jestem herbaciarą można było wybierać wśród kilkunastu gatunków herbat – od czarnych, poprzez oolungi, do zielonych i białych, od owocowych i ziołowych ze świeżych ziół, do specjalnych, jak herbata mongolska. Listę specjałów dopełniały „Nałęczowskie nalewki” - znak firmowy zastrzeżony, produkowane z lokalnych owoców.  

Myślę, że jeszcze słowo należy się współpracownikom. Przewinęło się ich sporo w ciągu piętnastu lat, niesposób jest wymienić wszystkich, natomiast wszyscy szybko wczuwali się w atmosferę i dawali sobie świetnie radę. Wymienię jednak z nazwiska rodzeństwo Boruchów. Zaczęło się od Eweliny, od niej przejął pałeczkę Mariusz, później Paweł. Boruchowie żartowali, że to biznes rodzinny. Było w tym coś słusznego, bo identyfikowali się z kawiarnią i mogłam na nich polegać pod każdym względem. W zasadzie pracował tu cały klan Boruchów, bo w razie potrzeby podsyłali mi swoje kuzynki i przyjaciół, a także gości – niejeden z przyjaciół zaręczył się w Jaśminowej.  Kolejnym pracownikiem nie do przemilczenia była pani Basia, która dojeżdżała przez wiele lat co sobotę z Lublina. Oprócz tego, że doskonale ogarniała kawiarnię, lubiła żartować, była naszą gwiazdą modową. Żadna z nas nie dorównywała jej strojem, biżuterią, polotem. Wszystkim byłym pracownikom Jaśminowej serdecznie dziękuję za współpracę.

Z dniem 30 września 2016 roku, po piętnastu latach kawiarnia zamknęła swoje podwoje. Decyzja, do której dojrzewałam przez kilka lat. Była to dla  mnie wielka przygoda. Co mi dała? Status – stałam się  nałęczowską biznes woman, kontakty socjalne, wyczucie dla priorytetów zadań, poczucie odpowiedzialności obywatelskiej, szacunek do pieniądza - nic się nie należało, wszystko trzeba było wypracować. To dużo.
Wszystkim moim i Jaśminowej gościom, bez których to doświadczenie nie zaistniałoby, serdecznie dziękuję.
A od 1. kwietnia 2017 roku Jaśminowa zmieniła profil - z kawiarni na dom do wynajęcia dla wszystkich zauroczonych tym miejscem. Znaleźć można na Airbnb, Nałęczów „W jaśminach”.  Docelowo chciałabym  tę posesje sprzedać, informacje na stronie: www.domdlasingla.wordpress.com.

 

 


Kawiarnia Jaśminowa w Nałęczowie

Losowe artykuły

Nałęczowskie wąwozy cz.2

Nałęczów - jesień w NałęczowieTen sam wąwóz dwa tygodnie później. Trochę parku i okolice gimnazjum. Tym razem bardzo jesiennie.

Więcej…

Wernisaż Mariana Adamczyka

Otwarcie wystawy Mariana Adamczyka absolwenta PLSP Nałęczów.Otwarcie wystawy Mariana Adamczyka absolwenta PLSP Nałęczów.

Więcej…

Losowe artykuły

Nałęczowska szopka 2008

NałęczówOd kilku lat w nałęczowskim parku przed Pałacem Małachowski i na wysepce pojawia się akcent świąteczny - Szopka Bożonarodzeniowa.

Więcej…

XX Bieg Sylwestrowy Nałęczów - Sao Paulo

Bieg Sylwestrowy Nałęczów - Sao PauloDwudziesty Jubileuszowy Bieg Sylwestrowy Nałęczów - Sao Paulo - ulicami i alejkami parkowymi Nałęczowa

Więcej…